Rzeźniczek Błotniczek – z miłości do pasji

To, że kiedyś w końcu zacznę biegać po górach, było tak naprawdę tylko kwestią czasu. Góry są moją Wielką Miłością już od wielu lat. I chociaż bywałam w różnych miejscach, to najbardziej ukochałam sobie Tatry. To tam co roku wybierałam się z moją drugą połówką, aby odkrywać nowe zakątki. W Bieszczadach nigdy nie byłam. Zawsze było nam daleko, ale nie ukrywam też, że już od dłuższego czasu moim marzeniem było skierować się właśnie w tamte strony. Od kiedy po raz pierwszy raz usłyszałam o biegach w Bieszczadach – Rzeźniku, czy Łemkowynie (no dobra, żeby nie było – Beskid Niski :P) – wiedziałam, że nie ma opcji, żebym nie spróbowała. Zawsze jednak była jakaś wymówka – to inne zawody, to za daleko, dzieci za małe… Aż w końcu przyszedł TEN czas.

Pojechaliśmy wszyscy, całą rodzinką, na zaproszenie Oli, która od ponad roku prowadzi kielecką grupę naszych biegających mam. Ola obecnie spodziewa się małej Róży i do pomocy w prowadzeniu spotkań biegowych pojawiła się Reni. Nasz przyjazd był wyśmienitą okazją, aby w końcu poznać się osobiście po wielu miesiącach kontaktu wyłącznie wirtualnego.

Jeśli chodzi o samego Rzeźniczka, totalnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. U nas, w Poznaniu, górek mało. Jest co prawda Dziewicza Góra, a i na Olszaku znajdą się miejsca do potrenowania podbiegów, ale to nie to samo. Ten bieg był dla mnie tajemnicą, tak samo jak reakcja mojego całego organizmu. Czy dam radę kondycyjnie, czy poradzą sobie mięśnie, czy założony limit będzie dla mnie wystarczający? No bo przecież mogę nie dać sobie rady na podbiegach. Nie czułam stresu, ani żadnej presji. Było to dla mnie coś nowego, ale mimo wszystko gdzieś tam w środku czułam się dziwnie spokojna. Tak jakbym wiedziała, że w tym miejscu nie może być źle. Cokolwiek bym nie robiła.

Jeśli chodzi o przygotowanie, był to najlepszy czas. Już dawno nie byłam w tak dobrej formie, dawno nie biegało mi się tak lekko i z łatwością. Udało mi się nareszcie uporać z kontuzją i problemem z łydkami, który ciągnął się w zasadzie od ubiegłego roku. Spokojne podejście, dobre przygotowanie, odpowiednia forma i pozytywne nastawienie, to wszystko złożyło się na to, że był to jeden z najpiękniejszych biegów w moim życiu. Ale zacznę od początku.

Od początku było jasne, że pogoda nie będzie ułatwiać nam zadania. Padało już kilka dni wcześniej i wiadomo było, że teren będzie błotnisty. Dzień przed biegiem zrobiliśmy sobie małą rozgrzewkę, udając się razem z dziećmi na szlak prowadzący do Połoniny Wetlińskiej. Trochę kropiło, trochę wiało, ale ogólnie pogoda nastrajała optymistycznie. Było ładowanie węgli i spokojny wieczór, bo czekała nas wczesna pobudka.

Godzina 4:00 rano z minutami już nie spałam. Pyszna owsianka, made by Ola ;), pakowanie i godzinę później siedzieliśmy już w samochodzie w drodze na start. Efekty całonocnej ulewy było widać gołym okiem. A zachmurzone niebo nie dawało szans na przejaśnienia. Wtedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy pytanie: Jak mocno trzeba być nienormalnym, żeby w dzień wolny zwlekać się w środku nocy z łóżka, mając w perspektywie totalne przemoczenie i błoto…?! Czekając w strugach deszczu na kolejkę, która miała zawieźć nas na start, udało spotkać się kilka znajomych osób. Między innymi Kamilę, która dotarła na bieg aż z Trójmiasta!

Totalnie przemoczeni i zziębnięci dotarliśmy na start i wtedy po raz kolejny w głowie błąkało się pytanie – co w tym jest takiego, że potrafię bez mrugnięcia okiem wstawać tak wcześnie i bez grama narzekania na deszcz, zimno i błoto, po prostu wystartować w biegu? Próbuję to rozgryźć do teraz i… nie wiem. Serio 🙂

O godzinie 8:30 wystartowaliśmy. Pierwszy kilometr po asfalcie, dopiero później w las. I po pierwszych kilometrach nasuwała mi się jedna myśl, że w zasadzie nie ma to wszystko zbyt wiele wspólnego z bieganiem. W porównaniu do biegów masowych organizowanych po asfalcie, było nas stosunkowo mało. A jednak tam, na wąskich ścieżkach, miało się wrażenie, że lecą nas tłumy. Nie było szans na wyprzedzanie, wyglądaliśmy jak mróweczki drepczące w rządku jeden za drugim. Tam, gdzie można było teoretycznie przyspieszyć, nie było nawet takiej możliwości. Teraz wiem, że powinnam była ustawić się nieco bardziej w środku stawki, a nie na samym końcu 😉

Po kilku kilometrach zaczęło się przerzedzać, ale nadal myślałam sobie, że tak naprawdę jest to taka trochę dłuższa wycieczka górska, w nieco szybszym tempie. I tutaj myślę dużo zawdzięczam naszym wieloletnim wędrówkom po górach (dziękuję Ci mężu :*). Podobno organizm nie zapomina i chyba nie zapomniał, bo przemierzając wcześniej tatrzańskie szlaki zawsze pokonywaliśmy je dużo szybciej niż założone czasy na mapkach i drogowskazach. Czasem nawet na zejściach ścigaliśmy się, kto szybciej będzie na dole. I to zapewne zaprocentowało. Z drugiej strony myślę sobie, że nie bez znaczenia jest fakt, że góry to mój raj na Ziemi. Nie ma drugiego takiego miejsca, w którym tak bardzo czuję, że jestem tu, gdzie powinnam być.

To wszystko miało znaczenie i pokonywanie każdego kolejnego kilometra było coraz łatwiejsze. Aż do punktu kontrolnego, który znajdował się na Przełęczy nad Rostokami. Tam spokojnie zatrzymałam się, napiłam, był to 16-sty kilometr, więc ponad połowa była już tak naprawdę za mną. Licząc w głowie czas, przewidywałam jeszcze wtedy, że na mecie wyląduję po około 4,5h od startu. Ale kolejne 3 kilometry zrewidowały moje obliczenia. Kolejne 3 kilometry to w zasadzie tylko i wyłącznie podejścia, które zajęły mi łącznie około 45 minut. Zastanawiałam się, czy w ogóle jest ktoś, kto jest w stanie podbiec pod taką górkę. Może ktoś z czołówki? Ja w każdym razie po tych trzech kilometrach miałam ochotę już tylko dreptać. A jednak, w głowie gdzieś tam brzmiało, że przecież nie po to przejechałam taki kawał drogi, żeby teraz sobie spacerki urządzać. I to powodowało, że zmuszałam się do biegu.

Przez kilka dobrych kilometrów biegłam z pewnym panem (pozdrawiam go serdecznie!), mijaliśmy się na przemian. Długo nie zapomnę jego słów, „Jeszcze tylko zabijemy czwórki do kompletu i będzie meta”. No dobra, znaczy czekają nas zbiegi. Prawie same zbiegi. Do mety. I wtedy najbardziej odczułam wszechogarniające błoto. Błoto, które towarzyszyło nam w zasadzie od samego początku. I o ile na podejściach, czy w miarę płaskich odcinkach, nie dawało się bardzo we znaki, tak na zbiegach było oczywiste, że albo ostrożność, albo gleba 😀 Sama zaliczyłam wywrotkę na zbiegu, na szczęście tylko jedną, ale byli tacy, którzy urządzali sobie błotne SPA niemal co krok. I w tym miejscu bezzasadne wydaje mi się pytanie mojego męża, „Po co Ci jeszcze jedne buty biegowe??”. Gdybym miała zwykłe buty, w których biegam po asfalcie, zwyczajnie zaliczałabym wszystkie zbiegi na tyłku 😉  To, jak bardzo zbiegi dały mi w kość, wyszło tak naprawdę 2 dni po zawodach. I okazuje się, że to na czym powinnam się bardziej skupić, jeśli chodzi o przygotowanie do biegów górskich, to wcale nie podbiegi, a zbiegi. I to moja lekcja, którą z pewnością zapamiętam.

Kiedy myślałam, że już jest po wszystkim, usłyszałam wrzawę kibiców, głos konferansjera, zaliczyłam ostatni podbieg i już wydawało się, że jestem na mecie, okazało się, że aby ją przebiec muszę jeszcze okrążyć cały stadion. I może wyda się to śmieszne, ale było to najtrudniejsze 500 metrów z całego tego biegu. Opadłam totalnie z sił. A przebiegając metę po prostu się rozpłakałam. Ze szczęścia. Nie tylko dlatego, że koniec, że już po wszystkim. Ale dlatego, że spełniłam swoje kolejne marzenie, że zrobiłam coś, co siedziało w mojej głowie już od bardzo dawna i w końcu udało się to zrealizować.

Jak mogę podsumować cały bieg? Dla mnie nie ma żadnych minusów. Absolutnie. Nie mogłam co prawda podziwiać przepięknych szlaków i napawać się nimi tak, jak bym chciała, ponieważ na każdym kroku trzeba było patrzeć pod nogi i pilnować się, żeby nie zaliczyć wywrotki, ale to dla mnie  żaden minus. Organizacyjnie nie mam się absolutnie do czego przyczepić. Nie zgubiłam się, dotarłam do mety, na którą wbiegłam z dziećmi, dostałam medal, miskę zupy, gorącą herbatę i na tym zakończyła się moje przygoda z Rzeźniczkiem. Teraz pisząc ten tekst moje nogi nadal nie dają mi zapomnieć o biegu. Zbiegi wykończyły moje mięśnie czworogłowe i trzeba teraz mocno popracować nad regeneracją. Jazda rowerem to dramat, a do biegania po asfalcie chwilowo mnie nie ciągnie. Ale ból w końcu przejdzie, nie będzie po nim śladu. Za to ślad pozostanie w mojej pamięci, ale przede wszystkim w moim sercu. Bo ten wyjazd i ten bieg tylko umocnił moje uczucia do gór. Teraz wiem, że tam jest moje miejsce, że tam chcę spędzać czas, tam biegać i zrobię wszystko, żeby pojawić się na Festiwalu Biegu Rzeźnika ponownie.

Jeśli czujecie tak jak ja, kochacie góry, wędrówki po szlakach, zdobywanie kolejnych szczytów, to możecie być pewni, że tak samo pokochacie biegi po górach. To jest niesamowite uczucie móc połączyć dwie tak wielkie pasje, a śmiem twierdzić, że nawet trzy. Udało mi się to wszystko zrealizować z moim mężem i dziećmi przy boku. Czy czegoś więcej trzeba do szczęścia?

NIE.

fot. Jolanta Błasiak-Wielgus

fot. Jacek Denka

Podobał Ci się wpis? Skomentuj, zostaw lajka, udostępnij. To dla Ciebie chwila, dla mnie szansa, że wpis przeczyta więcej osób zainteresowanych 😉

Dziękuję!

6 thoughts on “Rzeźniczek Błotniczek – z miłości do pasji

  1. Przeczytałam…i aż łzy miałam w oczach 😉 Czułam te emocje, jakbym sama biegła 🙂 Góry to również moja dawna miłość, a mówi się że „stara miłość nie rdzewieje” więc i sama wracam w tym roku….na dwa biegi 😉

  2. Wspaniały opis fantastycznej przygody jaką jest Festiwal Biegu Rzeźnika. Miałam ciary jak czytałam, emocje biegu wróciły od nowa. Już teraz wiem, że biegi terenowe to moja pasja 😀🏃🏼‍♀️🌲🌳🌲

  3. Anetko! Wspaniały opis fantastycznej przygody jaką jest Festiwal Biegu Rzeźnika. Miałam ciary jak czytałam, emocje biegu wróciły od nowa. Już teraz wiem, że biegi terenowe to moja pasja 😀🏃🏼‍♀️🌲🌳🌲

  4. GP było pierwszym totalnym hard-corem :-), do którego mnie wewnętrznie zmotywowałaś, a po tym opisie Rzeźniczek będzie kolejnym. Poczułam zapach lasu o poranku, tupot stóp biegaczy wbiegających z szosy w las, ale i również smak błota podczas spektakularnej „gleby” 🙂 Szacuneczek Prezi szacuneczek.

  5. Nic dodać, nic ująć! My również debiutowaliśmy w tym roku na Rzeźniczku, mamy równie miłe wspomnienia. Za rok wybieramy się także😊

  6. Świetna relacja. Ja się pochwalę, że ten bieg pokonałem w swoich szosówkach (ale obiecuję, że to był pierwszy i ostatni raz), na szczęście zaliczyłem tylko 5 upadków, ale za to na podbiegach a tym bardziej na zbiegach nie istniałem. Mimo wszystko było super i mam zamiar tam wrócić i to jak najszybciej. W planach jest październik a potem styczeń. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *