Po co nam ten maraton??

Idąc wcześnie rano na tramwaj, w głowie kołatała mi tylko jedna myśl… „Dzisiaj przebiegniesz maraton!”. Chyba do końca nie wiedziałam na co się porywam. Jak to się w ogóle stało? Nie biegałam całe lato, wrzesień też nie obfitował w biegowe kilometry, zaliczyłam tylko jedno długie, 30-kilometrowe wybieganie… A jednak miałam zamiar stanąć na starcie. Odwaga, czy głupota? Sama nie wiedziałam.

Tak brzmiał początek relacji, którą napisałam, a następnie skasowałam. Bo wszystko to, co stworzyłam da się streścić w kilku zdaniach, a moim celem nie jest przekazać Wam co się działo na poszczególnym kilometrze biegu, a raczej postarać się odpowiedzieć na pytanie „Jak to jest przebiec maraton?”.

14519885_1239210316143823_8429881344732663370_nimg_20161009_082611424-2

Ale od początku, kilka faktów 😉 W zasadzie jeszcze na początku września byłam przekonana, że maraton w tym roku nie dla mnie. Nie należę do tych osób, które idą na żywioł. Do pierwszego półmaratonu przygotowywałam się pół roku. Jednak pewnego dnia na profilu poznańskiego maratonu pojawiło się zdjęcie medalu… Śmiejcie się, ale ono do mnie przemówiło 😀 Coś mnie tknęło i totalnie bez namysłu po prostu się zapisałam. Myślenie przyszło później…

Wiedząc, że moje kilometrowe przygotowanie dalekie jest od ideału, postanowiłam przygotować się perfekcyjnie pod pozostałymi względami. Cały tydzień wysypiałam się, jedzenie też było podporządkowane pod start, nie tylko jeśli chodzi o „ładowanie węgli”. Nie było wieczornego wina, a zamiast kilometrów było wzmacnianie, rozciąganie i rolowanie. Trochę poczytałam, żeby mieć jakąś świadomość co może mnie spotkać na trasie, ale starałam się raczej unikać przedmaratońskiej atmosfery.  I to by było na tyle z przygotowań… Bez szykowania się na czas, bez kalkulowania. Po prostu przebiec ten dystans.

Na starcie nie stanęłam sama. Byli ze mną cudowni ludzie. Dla niektórych był to debiut, tak jak dla mnie, ale byli też tacy, co już pierwsze dystanse maratońskie mają za sobą. Był to jednocześnie debiut grupy Mamy-Biegamy. Po raz pierwszy oficjalnie pod tą nazwą wystawiliśmy swoją reprezentację 😀

img_20161009_081318140_hdr2

Ten maraton, to jednak nie tylko MY, uczestnicy. To także potężne wsparcie całej grupy. Zarówno to mobilne (rowerowe), stacjonarne („Pokaż gacie!” :P), jak i wsparcie w postaci mnóstwa pozytywnej energii przesłanej nam za pośrednictwem internetu 😀 Więc z tego miejsca w imieniu wszystkich maratończyków dziękujemy Wam za wsparcie, za wiarę w nas, doping i nieziemską atmosferę, która niosła nas do samego końca. DZIĘKUJEMY!

14641899_1239168876147967_1479865668798622782_nNo dobra, ale jak to właściwie jest przebiec ten maraton? Tak naprawdę powinnam napisać, że się nie dowiecie, dopóki nie przebiegniecie go sami… 😛 Jak ja się czuję? (I zapewne większość z nas debiutujących). Przede wszystkim potwornie zmęczona. To chyba nic dziwnego, zważywszy na pobudkę o godzinę 6:00, bieganie przez około 5h i raczej spory stres. Bolą mnie nogi, chociaż bez specjalnego określania – stopy, kolana, uda… Boli mnie wszystko od pasa w dół. Mam potworne obtarcia, przy których ból nóg to pikuś. Okazało się, że biustonosz sportowy sprawdzony na wszystkich dystansach, aż do półmaratonu, na maraton się nie nadaje. Czuję się potwornie głodna, chociaż pisząc te słowa dobiega już północ, ale prawdziwy głód pojawił się dopiero teraz. I czuję, że jeszcze chyba do końca w to nie wierzę.

W takim razie po co to wszystko? Po co startować w maratonie, skoro takie są efekty, skoro tak trzeba cierpieć?? Przede wszystkim cierpi tylko ciało, na dodatek tylko przez chwilę. Popularne powiedzenie biegaczy brzmi „Ból jest chwilowy, chwała zostaje na zawsze”. Sporo w tym prawdy, czyż nie? Pewnie będzie ciężko następnego dnia, ale to wszystko już za chwilę pójdzie w zapomnienie. To trochę jak z bólem porodowym. Mamy doskonale wiedzą, co mam na myśli. Ból jest, owszem, ale o tym się bardzo szybko zapomina. Bo wystarczy pierwsze spojrzenie na swojego maluszka i reszta już nie jest istotna.

Z maratonem jest podobnie. Wiesz, że będzie ciężko, że będzie bolało. Umęczysz się okrutnie, będziesz przeklinać pomysł startu na tym dystansie. Ale jak tylko miniesz metę, przebiegniesz ostatni metr, to już jest nieważne. Tego nie ma. Jest radość, euforia, potężna eksplozja endorfin, która wyciska Ci łzy z oczu. To jest Twój moment, Twój czas. Twój ból, wysiłek, serce włożone w bieg. To wszystko Twoje. I nikt Ci tego nigdy nie odbierze.

img_20161009_104007012-2

Ciężko opisać emocje, które pojawiają się z chwilą dobiegnięcia do mety. Każdy też przeżywa to na swój sposób. U mnie objawiło się to najpierw niepohamowanym płaczem, a potem szczęściem, które miałam wrażenie, że wypełnia mnie w każdej cząstce mojego ciała. A może tak jest tylko za pierwszym razem? Może kiedy startuje się za drugim, trzecim razem jest zupełnie inaczej? Żeby się o tym przekonać będę musiała wystartować ponownie, nie ma innego wyjścia 😉 I zrobię to, już teraz wiem. Wiedziałam to od momentu, kiedy moja noga przestąpiła linię mety. Z lepszym przygotowaniem, kilometrażem, przygotowaniem całego ciała na tak duży wysiłek. Zrobię to także dlatego, że już teraz wiem, że mogę. Tak po prostu. I znam już także odpowiedź na pytanie z pierwszego akapitu, czy to była odwaga, czy głupota? Pokuszę się o stwierdzenie, że jednak odwaga. Bo pomimo słabego przygotowania, pobiegłam z głową, pobiegłam na miarę moich możliwości. Bo od samego początku mam do tego dystansu szacunek, respekt i maraton mi się dzisiaj za to odwdzięczył. Nie było ściany. Nie było wątpliwości, że dobiegnę do końca.

Zawsze myślałam też, że kiedy biegnie się w towarzystwie, od samego początku do końca, to jest łatwiej. Że wspólne rozmowy, żarty powodują, że kilometry uciekają błyskawicznie. I może trochę tak jest. Na początku. Ale przychodzi taki moment, kiedy jesteś tylko TY i Twoja głowa. I wiesz, że ta druga osoba biegnie obok, i to jest ważne, a jednak zostajesz ze swoimi myślami i tylko od Ciebie zależy jak sobie z nimi poradzisz. Bardzo chciałabym w tym miejscu podziękować Ani, z którą przebiegłam cały dystans, od startu do mety. Wzajemne wsparcie było na wagę złota, a jednak każda z nas miała SWOJE osobiste kilometry, kiedy biegłyśmy blisko siebie, ale nasze myśli błądziły zupełnie gdzie indziej.  I tu sprawdza się kolejne powiedzenie biegaczy. Najpierw biegnie się nogami, potem głową, a na końcu sercem. Nasze serca prowadziły nas przez ostatnie 2 kilometry, aż do mety.

14585689_10154670681753278_944091020_o

Chciałabym Wam opisać więcej, ale obawiam się, że wpis by Was w końcu zanudził 🙂 Opisać niesamowitą atmosferę panującą na trasie biegu, kibiców, kapele muzyczne, strefy kibica organizowane przez różne grupy biegowe, naprawdę nie raz miałyśmy ciary na rękach i niosło bardzo do przodu, na co trzeba było uważać. Organizacja na najwyższym poziomie, zaangażowanie wolontariuszy, do tego wsparcie najbliższych – to wszystko dawało potężnego kopa, gnało nas do przodu, uzupełniało zapasy energii na kolejne kilometry. To był niezapomniany bieg. Nie zapomnę go do końca życia i trzymam kciuki za tych, którzy jeszcze rozważają możliwość udziału w maratonie. Jest ciężko, jest bardzo ciężko, cholernie! Ale warto… Warto to przeżyć samemu.

Przeczytałam dzisiaj w jednym z wpisów na Facebooku pewną wypowiedź. Dzieci miały opisać czym według nich jest miłość. 4-letni chłopiec odpowiedział „Miłość to to, co sprawia, że się uśmiechasz, gdy jesteś zmęczony”. Myślę, że w tym jednym skromnym zdaniu kryją się wszystkie powody dla których nie tylko ja, ale wiele innych osób, postanowiło zmierzyć się z Królewskim Dystansem. To miłość do biegania.

A.

11221775_10154670336128278_3914728997857428728_n

 

 

 

 

2 thoughts on “Po co nam ten maraton??

  1. Hmm, zazwyczaj nie komentuję wpisów na blogach, ale tutaj chyba muszę 😉 Utożsamiłam się z tym tekstem, bo sama miałam bardzo podobnie na swoim debiucie. To prawda, uczuć na mecie nie da się opisać. Niepohamowany płacz nie wiadomo skąd i ta ogromna radość, chociaż boli każdy krok. Ale ten ból też jest fajny, bo przypomina nam o tym, że jesteśmy twardzi 🙂

    Na moim drugim i trzecim maratonie tych emocji zabrakło i myślałam, że już mi te maratony spowszedniały. Ale przyszedł ten czwarty, a na mecie płacz wstrząsał mną dwa razy mocniej niż na tym pierwszym, zresztą nie tylko na mecie 😉

    Maraton nie jest jak inne dystanse. Maraton fascynuje, maraton kocha się za to, że boli, ale też za to, że on ten ból wynagradza. A nawet jeśli nie zawsze wynagradza, to i tak się powraca na jego trasę, bo taka już jest ta miłość – trudna 🙂 Tak to już jest, na zrobienie 30km na treningu nie mam sił, ale na 42 kilometrze maratonu jest mi mało i zaczynam tęsknić za tymi kilometrami jeszcze zanim przekroczę linię mety. Trudna sprawa, bo w niedzielę zaraz po biegu czuję euforię, a w poniedziałek rano budzę się z depresją, bo maraton już był, skończył się i nie ma. I trzeba czekać parę miesięcy do następnego 🙂 Ale cytat o miłości jest w tym przypadku trafiony jak mało co 🙂

    No nic, rozpisałam się i wyrzuciłam z siebie to, co chciałam wyrzucić, bo ten Poznański Maraton wciąż jeszcze mi w uszach rozbrzmiewa (dosłownie, „Chariost of Fire” już mnie strasznie męczy, a jak tylko próbuję posłuchać, to męczy jeszcze bardziej, bo zaczynam zanosić się płaczem 🙂 ). Pozostaje mi tylko pogratulować udanego debiutu i powitać w rodzinie maratończyków 😉 I być może do zobaczenia na kolejnym Poznań Maratonie 🙂

    1. Dziękuję za tak pozytywne słowa 😀 Chyba właśnie te emocje tak bardzo od biegania uzależniają…Tak bardzo, że zrobi się naprawdę wiele, żeby znowu je poczuć 🙂 Ja już się nie mogę doczekać kolejnego startu. Prawdopodobnie w Dębnie, jeśli zdrowie i forma pozwoli 😉 A w Poznaniu to już koniecznie, bo jest mnóstwo chętnych do debiutu w kolejnej edycji maratonu 😀 Do zobaczenia zatem! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *